» » » O rabunku, księdze, końcach i początkach

O rabunku, księdze, końcach i początkach

Spoglądam przez szklaną ścianę apartamentu na piętnastym piętrze na park z palmami, błyszczące sznurki samochodów i światełka wieżowców na horyzoncie. Tak wygląda stolica Chile nocą. Znów jesteśmy w Santiago. Nie planowaliśmy tak szybkiego powrotu do tego miasta, ale rabunek naszych bagaży z motocykla pod supermarketem kilka tygodni temu narzucił nowy, nieprzewidziany kurs. Mam w sobie spokój i akceptację dla życia, które tym razem postanowiło nam coś zabrać. Wiele nowego i cennego przyszło w zamian.

 

Rabunek

Rzecz dzieje się w Puerto Montt, mieście położonym nad zatoką Ancud u stóp dwóch wulkanów: Osorno i Calbuco. Aby tu dotrzeć odbyliśmy z Jokim wielogodzinny rejs kilkoma promami. Na tym ostatnim obserwowałam jastrzębia, który siedział tuż obok mnie na kadłubie. A potem rzucił się na kość, którą ktoś rzucił na pokład, ale nie dla niego, tylko dla psa. Tego psa w kolorze musztardy, którego oczy wyglądają przedziwnie ludzko i sączy się z nich jakaś mądrość nieodgadniona. Gdy zbliżaliśmy się do brzegu on usiadł na skraju kładki, niczym kapitan całej łajby, zaprawiony już w niejednej morskiej żegludze. To jego łapy jako pierwsze postaną na brzegu. Wybiegnie, załatwi kilka spraw na lądzie, a potem wróci i nic nie powie, tylko oczy jego zdradzą, że nie jedno już widział i nie jedno słyszał, nie jedną wyspę naznaczył.

Na dworze jest jeszcze widno, gdy wychodzimy z supermarketu Lider, czyli chilijskiej wersji Wallmart’a. Ale motocykl i tak jest na parkingu podziemnym, w świetle neonówek. Otacza go wiele samochodów i pochłoniętych zakupami ludzi. Nie wiem czy to ta pozorna nowoczesność i schludność miasta, czy po prostu zmęczenie całodzienną jazdą w deszczu uśpiły naszą czujność. Na pewno nie spodziewamy się, że po powrocie z półgodzinnych zakupów zastaniemy naszego rumaka już bez połowy ekwipunku.

– O k**wa, za**bali nasze rzeczy! – Joki komunikuje z polskim akcentem zrozumiałego w tych okolicznościach bluzgu.

– F*ck, f*ck, f*ck! – krzyczę bardziej międzynarodowo, upewniając się, że w s z y s c y wokół rozumieją, że coś jest bardzo nie tak i żądam uwagi. Wszak tutaj w Ameryce Łacińskiej taka nawet najbardziej mięsista “kurwa” rzucona przez rozeźlonego Polaka oznacza jedynie zakręt. Bo curva to po hiszpańsku zakręt. I każdy Polak jadący od Meksyku w dół szczerzy się jak głupi na zakolach, bo wszędzie tylko informacje o niebezpiecznych ladacznicach: curvas peligrosas.

Łapię pierwszego gościa, który napatocza się w pobliżu i proszę o telefon na policję. Nosi mnie na wszystkie strony, bo czuję, że złodzieje jeszcze nie są daleko. To musiało stać się przed chwilą. Może to jacyś bezdomni wyszarpnęli torby i są jeszcze za rogiem. Chcę biec i sprawdzić, tylko w którym kierunku, ten parking ma 2 wejścia i 2 wyjazdy! Kamery, przecież tu muszą być kamery! Szybko niech strażnik sprawdza. Ale zaraz, chwila, o kurde, nie ma tu żadnej kamery? Kamery są tylko przy wjeździe?! I strażnik nie może nic zobaczyć bez policji? Ale ok, Carabineros już są, przyjechali w ekspresowym tempie! No to niech jadą szybko, objeżdżają, sprawdzają czy ktoś tam w zaułkach myszkuje w naszych torbach! Nie, tak nie zrobią? Ach nie, no przecież, najpierw trzeba raport spisać.

Co zabrali rabusie? No tę wielką torbę z tyłu, o którą opierałam się w czasie jazdy lub wręcz wylegiwałam gapiąc do góry w niebo. Mówiliśmy o niej, że to nasz cały dom, nuestra casa, a w nim namiot niemal nowy, kupiony właśnie w Chile, samopompujące materace, śpiwory puchowe, dmuchane poduszki, kuchenka na benzynę, wszystkie garnuszki, część odzieży, w tym moje letnie rękawice motocyklowe, zapasy żywności, torba na wodę i filtry, części zapasowe do motocykla i kilka innych szpargałów biwakowych. Większość to sprzęt wysokiej klasy, gromadzony z pomocą sponsorów jeszcze w Polsce. Łączna wartość ok. 9 000 zł. No i małpka Chiapa z Meksyku, nasza wełniana towarzyszka, która wyszła spod zwinnych palców Indianki. Dalszą podróż kontynuuje już bez nas. A w tej przedniej torbie? No nic za czym będziemy płakać poza naszą unikalną Księgą Podróży. Un Libro de Viaje, tłumaczę, muy importante (bardzo ważna Księga Podróży).

– Ale co było najcenniejsze ze skradzionych bagaży? – dopytują Carabineros.

– No ta księga właśnie!

– Księga…? A ile jest warta?

– Bezcenna!

– Bezcenna? – chilijski stróż prawa patrzy na mnie z powątpiewaniem.

No i jak mam mu wytłumaczyć, że tak to taka bezcenna księga, bo jedyna w swoim rodzaju, tworzona podczas podróży, w dużej mierze przez spotkanych ludzi. To nasza pamiątka, projekt, cała “TranskontyMentalna Podróż” przelana na kartki papieru w słowach, zdjęciach, malunkach. Księga, w której każdy wpis przywołuje jakieś wspomnienie, spotkanie i jest śladem pozostawionym przez zwykłych-niezwykłych ludzi, z którymi przecięły się nasze ścieżki.

Nie, pan w zielonym mundurze chyba nie rozumie. To przedmiot bez etykiety, marki i ceny w systemie dziesiątkowym. Nie mogę podać wartości pieniężnej. Jak się później przekonam, księga nie zostaje więc ujęta w raporcie.

Lo siento (bardzo mi przykro) – tymi słowami wita nas Carlos, u którego tego dnia mieliśmy przenocować, ale zamiast w domu, poznaje nas osobiście w miejscu niefortunnego zdarzenia. – Postaram się asystować w procesie pisania raportu, tłumaczyć z hiszpańskiego i pomóc jak tylko mogę.

Tak samo deklaruje się sympatyczny młodzieniec Guillermo, mówiący biegle po hiszpańsku i angielsku. Od słowa do słowa poznaje naszą historię, że my w podróży już blisko dwa lata, niskobudżetowo, w Puerto Montt nocujemy u Carlosa w ramach couchsurfing’u.

– Robicie tu couchsurfing? Świetna sprawa, sam też tak swego czasu podróżowałem. A oto moja żona, poznana przez couchsurfing, hehe!

Za chwilę podaje nam namiary na siebie. Mówi, że drzwi jego domu są dla nas otwarte i oferuje pokój na czas aż się ogarniemy i postanowimy co dalej. Przeprasza, że taki niefart przydarzył nam się akurat w jego kraju.

Obok złości na bezwzględnych rabusiów, znów pojawia się wdzięczność, że tych przyjaznych, dobrych ludzi jest więcej. Anioły wciąż nad nami czuwają.

A ta złość też jest jakaś taka inna, łagodna, jakbym już wiedziała lepiej, że nie mam co do tego wszystkiego tracić jeszcze mojej energii i dobrego nastawienia. Trochę poklnęłam, potupałam, skargę w Liderze złożyłam, wglądu w rejestr kamer zażądałam, ale… jeszcze tego samego wieczoru potrafiliśmy wszyscy żartować przy lampce chilijskiego wina, że jak ma złodziei pokarać to huknie ich ten paralizator co to mamy ukryty w latarce.

I nawet kiedy Joki powiedział “Liweczka, wiesz, że to koniec”, ja odparłam: “Nie, nie koniecznie, a nawet jeśli, to i tak będzie dobrze”. Bo to przecież jest tak, jak zapisali w owej Księdze nasi drodzy znajomi z Warszawy, którzy odwozili nas półtora roku temu na lotnisko. Chcieli tak psotnie, niechronologicznie i swoją notę zostawili na ostatniej stronie:

“A każdy koniec początkiem czegoś nowego jest!”

 

To koniec?

To co cenię bardzo w naszej podróży to ta wolność i lekkość, dla których wyrwaliśmy się z systemu, aby żyć zupełnie naszym rytmem. Nigdzie nie pędzić, niczego nie przyśpieszać i mieć czas, aby posłuchać naszych własnych myśli, intuicji i nimi się kierować. Pozwalać też życiu dawać sygnały. Jeśli dobrze się układa, los sprzyja, jechać dalej z tą falą. Przeciwności losu pokonujemy, nie dajemy się łatwo zrazić. Jeśli jednak sprawy zaczynają się nawarstwiać, wymykać spod kontroli i pojawia się stres, niechęć, zwątpienie, nie ciągniemy niczego na siłę. Taka była nasza umowa.

W dniu rabunku sprawy zaczęły się nawarstwiać. Drobne, ale istotne dla komfortu naszej podróży i poczucia bezpieczeństwa. Dlatego byliśmy zmęczeni jazdą bardziej niż kiedykolwiek, a z tyłu głowy już wisiała konieczność zmiany przedniej opony, łańcucha, naprawy osi w kole. A to wszystko wydatki, a my już na końcówce budżetu. Trzeba jechać jakiś workaway zrobić w Boliwii, czyli pracować za pokój i wyżywienie, a w wolnym czasie… też pracować, ale już zdalnie, za kasę. Już to przerabialiśmy, damy radę. Taka podróż to ciągłe wyzwania i kombinowanie. To jest wpisane w część tej przygody i jeszcze nam się chce. Chciało… aż wyszliśmy z marketu i zrozumieliśmy, że zostaliśmy pozbawieni naszego domu, naszej niezależności i warunku, aby poruszać się po Chile z zachowaniem niskiego budżetu dziennego. Pokoje w rejonach Patagonii często bywają droższe niż w Stanach Zjednoczonych. Dlatego już od kilku miesięcy nocowaliśmy głównie w namiocie. Także kiszka.

Kiszka, albo i nie. Przyśpieszony powrót do domu. Zaczęłam się uśmiechać na myśl o spotkaniu z rodziną, przyjaciółmi. Tęsknię już za nimi cholernie. Oni też się cieszą, pytają kiedy w końcu mogą otwierać szampana. Już szukają nam promocyjnych lotów na maj. Spotkalibyśmy się ze znajomymi, u których sporo się zmieniło w międzyczasie. Przegapiliśmy już kilka ślubów, komunii, rodzinne święta, celebracje i pierwsze “pierwszości” maluchów z rodziny. “Cocia Liwia!” – przekrzykują się przez telefon, a ja się wzruszam, bo gdy wyjeżdżałam, oni jeszcze nie mówili.

– Joki, wracajmy, już przecież się nasyciliśmy. Taki kawał czasu, tyle krajów za nami. Dotarliśmy do Patagonii.

– Ale nie do Boliwii, a to przecież twoje marzenie od dzieciństwa – zauważa mój luby ze smutkiem na twarzy.

Ach, no bo Liwia musi do Boliwii… Tak nawet żartowałam przed wyjazdem. Że jeśli do Ameryki Południowej to ja najbardziej pragnę do tego kraju, który w nazwie ma moje imię i w dzieciństwie przyuważony na mapie stał się tajemniczym światem odległym, który już mnie przyzywał.

– BoLiwia być musi, ale nie musi Joki, ja już niczego nie muszę. Będziemy mieć powód, aby powrócić. Naprawdę, jestem spełniona w tej podróży.

– Już tu nie powrócimy tak łatwo. Jeśli kiedykolwiek… A Boliwia tak blisko.

To było dzień czy dwa po rabunku. Ja już zaczęłam załatwiać transport motocykla, napisałam notkę na blogu, że wracamy. Pokazałam Jokiemu, aby zatwierdził, on spuścił ze smutkiem głowę. On nie jest gotowy, aby wracać. Wstrzymałam publikację komunikatu o powrocie. Daliśmy sobie pauzę na przespanie sprawy.

 

Księga ożywiona

Pierwsze dni kontemplowałam utratę naszej księgi. Musiałam znaleźć sobie jakieś wytłumaczenie, wpisać to w scenariusz, wymarzyć co zdarzy się dalej. Posłałam życzenie, że ona nie przepadnie, że znajdzie się w rękach kogoś z wrażliwością, kto uczyni ostatni najbardziej znaczący wpis na jej kartach zwracając ją do nas. Zawarłam to nawet w krótkim liście przetłumaczonym na hiszpański na naszym blogu. Nie wiem czy rzeczywiście wierząc, że akurat znalazca księgi go tam zobaczy, czy raczej dla samej siebie, aby posłać w Kosmos jednoznaczną intencję. Wszak pragmatyczni mieszkańcy współczesnego Chile delikatnie sprowadzali mnie na ziemię mówiąc, że jeśli naprawdę mam jeszcze nadzieję ją odzyskać, to powinnam dać ogłoszenie, że ten kto ją zwróci dostanie nagrodę pieniężną, a treść całego ogłoszenia zawrzeć w kilku słowach, bo w tym kraju ludziom w ogóle czytać się nie chce.

Eh, mogłabym oczywiście, ale wtedy nie będzie to już to samo. Zakłóciłabym moją artystyczną wizję, dla której ta księga w ogóle powstawała.

Artystyczna wizja… Czym jest tak na prawdę w obliczu treści z księgi płynącej? I czym jest treść tej księgi w obliczu okoliczności jej powstawania? Okoliczności spotkań, które wypełniły tę podróż i uczyniły ją tak szczególną. Spotkań z ludźmi, którzy są rozproszeni po kilku kontynentach, różnych miastach, wioskach i odludziach, nawet tysiące mil od nas, ale są wciąż żywi i tak bardzo dla nas obecni. To oni, słysząc o naszej sytuacji, odezwali się ze wszystkich stron świata i wykazali chęć pomocy i wsparcia. To oni rozprowadzali wici słowa do przyjaciół i przyjaciół ich przyjaciół, aby wesprzeć nas w trudnej chwili. I tym sposobem otrzymaliśmy gościnę, poznaliśmy nowych niezwykłych ludzi, niektórzy podarowali nam swoje sprzęty campingowe, inni wsparli finansowo. Treść płynąca z tych kart naszej podróżniczej historii była jednoznaczna i bardzo krzepiąca: “nie jesteście sami, walczcie dalej o marzenia, na nas zawsze możecie liczyć”.

Czy to nie jest wspaniałe i najważniejsze? Księga to tylko piękny rekwizyt, który był barwnym dodatkiem w życiowym spektaklu i świetnym łącznikiem podczas przecierania szlaków międzyludzkich. Wszechmocny Reżyser posłał ten album w dalszą podróż i ja to przyjmuję ze zrozumieniem, ciesząc się mocą mojej “żywej księgi”, tej która jest i będzie i nikt jej nie odbierze, tej, którą stanowią jej autorzy – ludzie, którzy zaprzyjaźnili się z nami naprawdę.

 

Nowy początek

To był chyba czwarty poranek od czasu rabunku i wstąpiły we mnie jakieś nowe moce. Moja zmiana kierunku myślenia od razu też podniosła na duchu Jokiego. Spróbujmy zawalczyć, tak wiele osób nam dopinguje, deklaruje wsparcie – postanowiliśmy. I jeszcze te wszystkie odświeżone relacje znajomych podróżników z Boliwii o unikalności i pięknie Salar de Uyuni na nowo podsyciły apetyt. Rzeczy materialne można zawsze odkupić, w sumie i tak po takim czasie dobrze odświeżyć wyposażenie.

I potem każdy dzień toczył się strumieniem nowych możliwości, spotkań i zbiegów okoliczności tak niewiarygodnych, że znów poczułam wielką spójność wszystkiego. Jakby wszystkie znaki na niebie mówiły: tak właśnie, jedźcie dalej! Oczywiście to co widzimy i czemu nadajemy rangę zależy często od tego co chcemy zobaczyć. Chcieliśmy by świat posłał nam dobre echo dla podjętej próby “powstania” i tak właśnie było.

Tak jak wspomniałam, przyjaźni, garnący się do pomocy ludzie otoczyli nas już chwilę po rabunku. Guille i Antonelę spotkaliśmy na miejscu kradzieży, na parkingu. Od razu zaoferowali pomoc w pośrednictwie z policją i zaprosili do siebie. Dobrze wiedzą jak to jest być podróżnikiem w obcym kraju. Poznali się przez portal couchsurfing (to taka strona, poprzez którą można znaleźć osoby chętne bezpłatnie ugościć cię w swoim domu, gdy przybywasz do ich kraju), szybko zakochali i pobrali! A Carlos i Soledad byli naszymi gospodarzami właśnie z serwisu couchsurfing. Również okazali ogromną gościnę i wsparcie w wielu kwestiach. Niebawem wybierają się w ich własną podróż marzeń przez Amerykę. Z Julią i Alfredo skontaktował nas znajomy motocyklista Ismael z Santiago, z którym dzielimy sporo wspomnień z Ziemi Ognistej. Przygotowali oni dla nas prawdziwą chilijską ucztę, pomogli z tłumaczeniami i sprawami prawnymi, bo Alfredo jest prawnikiem.

Kilka słów zamienionych z przypadkowym piekarzem pchnęło domino, w efekcie którego odezwała się Dorota, Polka od 6 lat mieszkająca w Chile. Prowadzi bloga Pewnego Razu w Chile – kopalnia wiedzy o tym kraju. Gościła u siebie niejedną polską ekipę i wraz z sympatycznym mężem Miguelem i pociesznym Damianem ugościli nas w iście polskim stylu – w ciepłej, domowej atmosferze, ze smacznym jedzeniem i ogromem troski. Niebawem, po bardzo długim czasie, bo aż po 6 latach, Dorota wraz z rodziną lecą do Polski. Jesteśmy pewni, że czeka ich tam cudowny czas w ramionach stęsknionej rodziny.

Dzięki zaangażowaniu w naszą sprawę polskiej Ambasady w Santiago, wieść o nas dotarła też do Ani mieszkającej w Concepcion. Mieszka tam już od 16 lat i była bardzo otwarta na spędzenie kilku dni z rodakami. Ania wraz z rodziną prowadzą firmę cateringową, więc potrawy jakie w jej domu pieściły nasze kubki smakowe, pamiętamy do dziś. Podobnie jak Dorota, Ania również przypomniała nam czym jest wspaniała polska gościna, aż trudno było się rozstać, zwłaszcza ze względu na niesamowicie ciepłą i otwartą osobowość Ani. Prosiła nas, abyśmy podali dalej w eter, że jej drzwi dla Polaków potrzebujących wsparcia w Chile zawsze są otwarte (w razie potrzeby wyślemy namiar).

Nie mogę też nie wspomnieć spotkania z Arielem i jego rodziną, także w Concepcion. Skontaktowała nas ze sobą Polka, która niegdyś wraz z grupą znajomych wsparła go w potrzebie, po tym jak w 2010 w Chile miało miejsce wielkie trzęsienie ziemi. Wszyscy mieszkańcy centralnego Chile mocno przeżywają to wydarzenie do dziś. Domy, które buduje się w Chile mają specjalne konstrukcje tworzone z myślą o trzęsieniach, a bardziej przewidujący mieszkańcy zapas żywności zgromadzony w spiżarkach na wypadek kataklizmu i odcięcia od prądu i wody na wiele dni. W wyniku trzęsienia ziemi 10 lat temu, Ariel stracił cały dom, który miał na jeszcze nie spłacony kredyt. Z pomocą przyszła mu poznana we Francji Ania, która zorganizowała zbiórkę pieniężną w Polsce. Ariel chciał tym razem wesprzeć Polaków w potrzebie i obdarował nas częścią sprzętu – samopompującymi materacami, jego żona przygotowała smaczny chilijski lunch. a mała Laura obdarowała nawet rozkosznym rysunkiem przedstawiającym nas już w drodze.

No i przybyło też wsparcie z ojczyzny! Kilka dni temu odebraliśmy z dworca w Santiago paczkę sprzętu zbieranego w Polsce (tu dzięki za wsparcie rzeczowe dla Motobagaz.pl, Modeka i rabat od Cumulus). Bagaż odbył lot z Krzyśkiem i Marzeną, naszymi super-bohaterami, którzy szczęśliwie lecieli akurat teraz z Europy do Chile. Prowadzą bloga Wystraszeni.pl, choć dla nas to Nieustraszeni – świetna parka z ciekawym projektem realizowanym w Boliwii. Wkrótce wraz z Cholitas Escaladoras, rdzennymi mieszkankami kraju, zdobędą 6-tysięcznik Sajam. Jest to niesamowicie pozytywna akcja, którą można wesprzeć finansowo tutaj.

 

Wystraszeni
Krzysiek i Marzena dotarli do nas ze sprzętem z Polski
Ready To Hit The Road
Sprzęt znów w komplecie, dziękujemy!

 

Niektórzy z Was także zasilili nas finansowo i za uzbieraną kwotę mogliśmy kupić część brakującego sprzętu – dziękujemy za to wsparcie raz jeszcze.

A dziś, spoglądam na nocne Santiago z piętnastego piętra apartamentu Ismaela, motocyklisty poznanego na Ziemi Ognistej, z którym jakiś miesiąc temu dzieliliśmy nieco kilometrów trasy i wspólnych ognisk. Mówił wtedy: “wiecie, gdybyście jakimś cudem jednak trafili jeszcze podczas tej wyprawy do Santiago, to ja serdecznie zapraszam”.

I tak to się właśnie wszystko potoczyło. Dziś pakujemy manatki i jutro zaczynamy kolejny etap tej wielkiej przygody, kierunek: Argentyna i Boliwia!

 

Dowiaduj się pierwszy / pierwsza o nowych postach, poradnikach i mapach tras :)

newsletter icon

 

Share
  • 126
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Obserwuj Liwia:
Maluje obrazem i słowem. Odnajduje radość zarówno w dalekiej podróży "za horyzont" jak i oswojonej codzienności, na którą spogląda przez swój barwny kalejdoskop. Inspirują ją piękno przyrody i historie splecione strumieniem prawdziwych emocji.

7 Responses

  1. Diana
    | Odpowiedz

    “Wszechmocny Reżyser posłał ten album w dalszą podróż i ja to przyjmuję ze zrozumieniem, ciesząc się mocą mojej “żywej księgi”, tej która jest i będzie i nikt jej nie odbierze, tej, którą stanowią jej autorzy – ludzie, którzy zaprzyjaźnili się z nami naprawdę.” Ta opowieść, z życia wzięta, wiele uczy… i pozostawia w refleksji… Moją refleksją jest zauważenie, jaką moc ma myślenie, zarówno to pozytywne, jak i negatywne. Jak bardzo człowiek potrzebuje wsparcia drugiego człowieka, by zapaliło się światełko w tunelu i pokazało, że to nie tunel, tylko chwilowe zachmurzenie w cudownej Przestrzeni, jaką jest Życie :)

  2. inumhm
    | Odpowiedz

    a to Ci rabusie, niestety w dzisiejszych czasach wszędzie trzeba mieć oczy dookoła głowy. Szkoda że kosztowało Was to tyle nerwów, no i księgi, ale to fakt to tylko rekwizyt a tego co macie w sercu i głowie nikt Wam nie odbierze ;)

    • Liwia
      |

      Tak nam ta sytuacja przypomniała, że zwłaszcza w Ameryce Południowej trzeba mieć na to czuwanie. Nawet w jej najbardziej nowoczesnym kraju jakim jest Chile. Cóż, człowiek uczy się na błędach, jedziemy dalej z mniejszym dziennikiem, który możemy zawsze zabunkrować w kufrze ;)

  3. Dobrze, że podnieśliście się psychicznie po stracie. Teraz będzie już tylko lepiej! Życzę wspaniałego wyjazdu i żeby Boliwia okazała się taka jaką sobie wymarzyliście!

    • Liwia
      |

      Dziękujemy i będąc już w La Paz w Boliwii absolutnie nie jesteśmy zawiedzeni tym krajem. Oczarował nas. Słowa zbędne, zdjęcia z naszych pierwszych dni są tutaj: https://lifewelove.com/pl/galeria/boliwia/

  4. Mama na Tropie
    | Odpowiedz

    dobrze, że udało się Wam jednak kontynuować wyprawę i życzę Wam udanej podróży

    • Liwia
      |

      Dziękujemy i pozdrawiamy już z La Paz :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *