» » » Wanda – polskie miasto w argentyńskiej dżungli

Wanda – polskie miasto w argentyńskiej dżungli

Wiedzieliśmy tyle, że Wanda to polskie miasteczko w północnej Argentynie w prowincji Misiones i jest duża szansa spotkać tam Polaków, może nawet zjeść ruskie pierogi. Nie zastanawialiśmy się więc długo, pojechaliśmy na spontanie licząc, że los zaprowadzi nas gdzie trzeba. I czasem tak jest najlepiej. Taksówkarz, który do nas zagadał na parkingu, uśmiechnął się słysząc, że my z Polski. Wskazał sklep na przeciwko: "Tam pracują Polacy, którzy chętnie porozmawiają z Wami w ojczystym języku". Nie spodziewaliśmy się jeszcze, że kolejne spotkania otworzą kufer niezwykłych historii, które zmienią nasze spojrzenie na miejsce, do którego przybyliśmy.

Tam gdzie nikt nie może nic zrobić, tam Polaka poślij

Sklep ogólnotowarowy, w którym pracuje pani Lila znajduje się przy miejskim skwerku otoczonym ceglanym murem. Nie jest to skwerek jak każdy inny w Argentynie, bo w jego centralnej części widnieje biały orzeł, a pod nim hasło: "Bóg - Honor - Ojczyzna". Po bokach zaś wyryto scenki z motywami historyczno - chrześcijańskimi. To wszystko przypominać ma nam, że znajdujemy się w miejscowości, którą zbudowali polscy pionierzy. Nazwali ją Wanda, jako wyraz hołdu złożonego polskiej księżniczce, tej co według podań Kadłubka i Długosza za Niemca wyjść nie chciała, dzielnie stawiła mu opór, gdy doszło do bitwy i z czasem stała się symbolem wartości chrześcijańskich, międzyludzkich, patriotycznych.

- Jak moja mama płynęła statkiem do Argentyny to opowiadała, że na początku widziała jakieś takie pola, zielone łąki i w duchu cieszyła się, że to tak podobnie do naszych nizin w Polsce, to będzie dobrze. Ale potem płyną dalej rzeką i tam zobaczyła góry po bokach to zapłakała do ojca: "Dokąd ty mnie zabierasz, toż to dżungla będzie, jak my przetrwamy!" - opowiada Pani Lila, gdy spotykamy się na pogaduszki za sklepową ladą.

Pani Lila ma niemieckie nazwisko, bo dziadek był z Niemiec, ale rodzice już w Polsce urodzeni, mieszkali w okolicach Białegostoku. Jest w średnim wieku, szczupła, krótko przystrzyżona, z okularami o wyraźnych oprawkach - przypomina mi nieco nauczycielkę ze szkoły podstawowej. Taką sympatyczną, którą lubiłam. Urodziła się w Argentynie i cieszy się, że rodzice w domu po polsku rozmawiali, dzięki temu ona jeszcze też potrafi, choć z pisaniem gorzej. Chodzi na darmowe lekcje języka polskiego w miejscowej szkółce, prowadzone przez nauczycielkę wydelegowaną przez polski rząd.

- No mama płakała nie raz. Bo oni nie wiedzieli dokąd płyną. Kupili te ziemie za wszystko co mieli, jeszcze w Polsce, bo wiedzieli, że wojna się szykuje. Wszyscy byli rolnicy, a tu w Argentynie mieli dostać nawet 20, 30 hektarów! W Polsce jak kto miał hektar roli to było dużo, a tu mieli dostać kilkadziesiąt! - kontynuuje.

- Ale to jak to w Polsce kupowali ziemie w Argentynie, od kogo? I tak w ciemno? - dopytujemy.

- No tak, bo w Argentynie potrzebowali ludzi do pracy na roli, więc przyjechał ich urzędnik do Polski i sprzedawał. Tylko ci co mieli cokolwiek, jakie gospodarstwo albo biznes w Polsce to mogli to sprzedać, aby mieć pieniądze na tę podróż. Biedni czy chorzy nie mogli. Nawet jak ktoś w rodzinie złamaną nogę miał to nie dostał upoważnienia. Chcieli tylko tych zdolnych do pracy. W 1937 r. przypłynęli tu statkiem z rodzinami, dobytkiem spakowanym w kufry, niektórzy nawet radła zabrali. I nikt nie wiedział co to będzie, a tu nic nie było, zupełnie nic, tylko dżungla i dzikie zwierzęta! Komary, muszki żarły do krwi, setki węży, jaguary i inne, a ziemia porośnięta gąszczem. Ulokowali wszystkich w Hotelu Imigranta, to był taki budynek komunalny i stamtąd do swoich ziem chodzili Polacy pracować, nawet kilkanaście kilometrów, na pieszo, bo przecież wozów nie mieli.

Po tych słowach Pani Lili to miejsce, miasto Wanda w prowincji Misiones, orzełek w parku i te wozy stare przy napisie wjazdowym nabierają dla nas zupełnie nowego znaczenia. Dociera do nas, co tu tak naprawdę się wydarzyło: polskie rodziny nie tylko musiały dostosować się do zupełnie nowego klimatu i kultury, ale też okiełznać tę dzicz od zera, stworzyć dla siebie narzędzia z tego co było, zbudować domy, z czasem drogi, ulice i kościół. Stworzyli małą polską kolonię w sercu argentyńskiej dżungli.

- No i zbudowali my to miasto tak, nasi rodzice, a myśmy pomagali. Teraz to się mówi tu w Argentynie: "Tam gdzie nikt nie może nic zrobić, tam Polaka poślij". Wiedzą tu w Argentynie, że Polacy potrafią ciężko pracować i zaradni są. Bo myśmy się wszystkiego nauczyli, nie mogliśmy mieć żadnych wymówek.

- Ale po polsku tu nie wszyscy mówią, młodsze pokolenia już nie bardzo? - zauważam.

- No nie bardzo, bo to oni już wszyscy urodzeni w Argentynie, w szkole mają castellano, a pionierzy polscy, wszyscy najstarsi co język polski z domu wynieśli to już poumierali. Mój syn mówi troszeczkę, ale sporo rozumie. Młodzi stąd powyjeżdżali albo do Buenos Aires albo do Polski wrócili, bo oni nie chcą tu roli uprawiać, to już inne pokolenie.

- A Pani nie myślała o powrocie? - pytam.

- Nie, ja bym już nie umiała chyba, przyzwyczaiłam się do tego świata tutaj, w Argentynie. Poza tym bez yerba mate to ja żem już żyć nie mogę! - Lila śmieje się obracając w rękach calabazę, czyli naczynie do yerba mate wykonane ze skorupy dyni piżmowej, które po chwili podaje nam z dodatkiem miodu, aby udowodnić, że yerba wcale nie musi być gorzka.

Wiedzieliśmy już, że z metalowej rurki, zwanej fachowo bombillą, ciągniemy płynną zawartość kubeczka, aż zacznie lekko bulgotać - odgłos siorbania z dna. Wówczas z termosu - przedmiotu nieodzownie towarzyszącego wszystkim prawdziwym Argentyńczykom każdego dnia zawsze i wszędzie - dolewa się kolejny raz wrzątku do zawartości naczynia i nietracąca smaku esencja wędruje do kolejnej osoby uczestniczącej w rozmowie. Należy przyjąć naczynie bez żadnego "Gracias", czyli "Dziękuję". Dziękuje się już na koniec, gdy grzecznie odmawiamy kolejnej rundy, wycofujemy z herbacianego rytuału.

- Mąż koleżanki przyjechał i pytał mnie dlaczego nigdy ten kubeczek z yerba do jego rąk nie trafiał choć mu go oferowali i on chciał. No oczywiście dlatego, że za każdym razem mówił "Gracias", więc mu go nie podawano - śmieje się pani Lila.

No tak, pani Lila zapewne mogłaby nam powiedzieć dużo więcej o herbacianych zwyczajach. Wraz z mężem do dziś prowadzą plantację yerba mate, czyli ostrokrzewu paragwajskiego. Mówią, że to lubią, w przeciwieństwie do swoich dzieci nie chcieli porzucać rodzinnej tradycji uprawy roli. Do dziś nie wiem czy podana mi yerba pochodziła z ich własnej plantacji, czy może była to yerba słynnej marki "Amanda", będącej owocem rodzinnego biznesu Jana Szychowskiego. Jan był kowalem, który około 100 lat temu przybył wraz z rodziną i falą polskich imigrantów do Apostoles, miasteczka znajdującego się także w prowincji Misiones. Janek miał wówczas 10 lat i nie wiedział jeszcze, że firma, którą zapoczątkuje dzięki swojemu uporowi, sprytowi i smykałce, z czasem uplasuje się w czołówce światowych producentów mate.

Spacer przez wspomnienia

Pan Kazimierz Sawicki to człowiek wysokiej postury. Szczupły, srebrne włosy zaczesane do tyłu, skóra przez siedem dekad całowana przez argentyńskie słońce nieco tuszuje polskie korzenie. Przynajmniej my byśmy nie zgadli, że to nasz rodak. On za to twierdzi, że zazwyczaj pozna kiedy turysta jest z Polski i zawsze cieszy się na takie spotkanie. Ostatnio tak zidentyfikował na wczasach dwóch marynarzy i od słowa do słowa, od uścisku do uścisku skończyli na kieliszku wódeczki i polskich śpiewach w kajucie do rana. Ale takie libacje to okazjonalne u Pana Kazimierza i tylko w tak wyjątkowych okolicznościach jak spotkanie braci z ojczystej ziemi. Na co dzień wiedzie spokojne, chrześcijańskie życie, a swój emerytalny czas poświęca na pielęgnację ogrodu wspomnień. Museo del Imigrante, czyli Muzeum Imigranta to jego drugi dom, kameralny deptak wśród przedmiotów sentymentalnych. Czasem pękniętych, rozstrojonych, zakurzonych, ale jakże żywych i wyraźnych w jego historiach. Prawdziwych historiach, z czasów dzieciństwa, gdy ten kto miał drewniany wóz, taki jak ten tu na wystawie, to wielki pan był.

- Jak mnie poprosili żebym prowadził to muzeum to ja tak nie do końca chciałem, bo to przeszłość, to było, minęło, ale jak żem wszedł tu do środka i spojrzał na to wszystko, to ja to w sercu poczułem, ten każdy przedmiot. To jest moja historia, historia Polaków i tego miasta, które w dżungli postawili - wita nas u progu krótkim wprowadzeniem. - I jak moja rodzina tu przypłynęła z moimi trzema siostrami: Helką, Janką i Celką, to jak one pracowały w tych warunkach, ile one siły miały to tylko Bóg wie.

Pan Kazimierz wyjmuje z koperty certyfikaty swojej rodziny. Pożółkłe karty, mocno przygryzione już przez czas, teraz zamknięte w laminacie jako rekwizyty archiwalne. Są to ich ówczesne bilety do wolności, przynajmniej w to chcieli wierzyć przemierzając Ocean Adriatycki, który skutecznie miał ich oddzielić od mroku napływającego na Polskę. To szpony wojny rzucały już swój cień i kazały im uciekać, za wszelką cenę. Szósty zmysł kobiet podpowiadał jednak, że to tylko zmiana frontu, nowa plansza, ich własne Jumanji, w którym nadal walczyć będą o przetrwanie. Tak, tam przecież czekał ich krzaczasty poligon, chmura owadów, krew z rozdrapanych ran i chorób nieznanych, syk węży pod stopami, pomruk jaguara w mroku nocy. "Syndykat Emigracyjny" widnieje na kartach rozkładanych przez Pana Kazimierza na stoliku, a pod tym tytułem dopiski: "Świadectwo zdrowia umysłowego i zdolności do pracy". Na innym: "Świadectwo o moralności i dobrych obyczajów" z umieszczonym pod spodem zdjęciem całej rodziny. I wreszcie: "Świadectwo o nieuprawianiu żebraniny". Pani Lila miała rację - taki bilet do nowego świata nie był w zasięgu każdego.

Sawicki otwiera stary, ogromny kufer z mosiężnym podkuciem.

- Wszystko to ręczna robota - mówi - tu zapakowaliśmy co się dało. Mieli rację radząc żeby garnki nawet zabrać, bo tu nie było takich rzeczy.

Potem wkłada Jokiemu w dłonie strzelbę wyciosaną ręcznie z cedru, do której w wydrążony otwór pchało się amunicję i podpalało zapałką. Nie było broni, więc Polacy sobie zrobili, z tego co było. Mi nakłada koronę ciężką od kruszców, które ją zdobią. To ametysty, agaty, topazy i jaspisy z tutejszej kopalni. Mieszkańcy Argentyny kojarzą miasteczko Wanda głównie z tą kopalnią.

Pytam o solidarność, czy Polacy w tamtych ciężkich czasach wspierali się na obczyźnie, czy wręcz przeciwnie, istniała między nimi rywalizacja.

- Była bardzo wielka solidarność - oznajmia pan Kazimierz - ludzie pomagali sobie nawzajem, nie było pieniędzy to pożyczali sobie dniówki, czyli szło się do sąsiada na pracę, pracował dwa, trzy dni, ile trzeba. Zawsze, gdy było jakieś święto to coś do wypicia i coś do zjedzenia razem się znalazło. Jak kto świnie miał i zabił to częstował sąsiadów, kiedy indziej sąsiedzi. Co niedziela wolna, zbierali my się w kościele i tam w ramach aktów solidarności wymiana wiedzy i doświadczeń była.

Słuchamy opowieści, drepcząc za panem Kazimierzem między starym pianinem, maszyną do pisania i telegrafem. W pewnym momencie kawałek posadzki odłamuje się pod moim butem.

- To stare wszystko i zaniedbane - pośpieszenie tłumaczy Sawicki - miasto obiecało wyłożyć środki na renowację i rozbudowę, ale mijają lata i coś tego nie widać... A potrzeby są i pomysły i plany.

Prowadzi nas do drugiego budyneczku obok, gdzie oto fragment argentyńskiej dżungli straszy kłami jaguara i wielkim ciałem aligatora. Mrówkojad za to zdaje się przyjaźnie rozwierać ramiona w powitalnym geście, jakby nie zważając, że dzieli nas szklana ściana.

- To Mietek Chudy wszystko wykonał sam, chwała mu za to. Ma tego dużo więcej, ale miejsca tu nie ma, miasto obiecało dać nam budynek na pełną ekspozycję - tłumaczy Sawicki.

Dopytuję o pana Mietka: skąd miał te zwierzęta, czy był jakimś biologiem, jak to się stało, że w tamtych czasach samodzielnie wypchał dziesiątki, jeśli nie setki przedstawicieli tutejszej fauny. Sawicki wyjaśnia, że Mietek także rolnikiem był, jak wszyscy. Zwierzęta wypychał hobbystycznie w latach siedemdziesiątych, te co mu ludzie przynosili, te zabite własnoręcznie robioną strzelbą z cedrowej gałęzi, te które zakradły się na podwórka, aby zagryzać świnie, czy wpełzły cichaczem do domów. Dziś owe eksponaty wzbudzają największe zaciekawienie odwiedzających muzeum dzieci, więc pan Kazimierz od lat stara się, aby wszystkie okazy ujrzały światło dzienne, jak np. czekająca na swój czas kolekcja motyli i innych owadów. Pan Kazimierz podkreśla przy tym, że z dzikimi zwierzętami żyło się w należytej symbiozie, zabijało tylko z konieczności przetrwania. One na ogół ludzi nie atakowały jeśli im się w drogę nie weszło.

W muzealnej kronice widnieją wpisy ważnych gości. Były tu delegacje z Polski, jeszcze przed katastrofą w Smoleńsku, wspomina pani Lila. I nasz polski zwycięzca Rajdu Dakar, Rafał Sonik też odwiedził Wandę. Nawet rząd argentyński docenił działalność Polonii w Argentynie, ustanawiając w 1995 roku Dzień Osadnika Polskiego, Día del Colono Polaco. W żadnym innym kraju tego nie spotkamy, a tu w prowincji Misiones, w mieście Wanda i jemu podobnym polską muzykę usłyszymy nie raz: w sobotnich audycjach radiowych, w Klubie Polonii, w Szkole Języka Polskiego, w kościele, podczas obchodów 3 maja, czy też rocznicy założenia miasta.

- Tego roku w sierpniu Wanda skończyła 82 lata. Z tej okazji odbyła się wielka parada na ulicy, defilada z wojskiem, żandarmerią, jakieś trzy tysiące ludzi, wszystko bardzo pięknie zorganizowane i punktualnie - relacjonuje pan Kazimierz. - Były prezentacje, wypowiadali się mieszkańcy o polskim pochodzeniu, wspólna msza po polsku w naszym kościółku "Częstochowa", potem wszyscy udaliśmy się do naszego klubu. Była polska muzyka i występy, jedzenie z tradycji polskiej, ale i tutejsze. Śpiewanie, klaskanie, wspaniałe święto! - mówiąc to Dyrektor Muzuem Imigranta emanuje radością i dumą.

Przy tablicy "Wielcy Polacy" w muzeum widnieje wizerunek Jana Pawła II. Hmm, tutaj mogłoby znaleźć się dużo więcej portretów, myślimy i wyciągamy nasze własne plansze o Polsce. Przedstawiają one nasz kraj na mapie Europy, w asyście fotografii polskich miast, flory, fauny oraz tych związanych z kulturą i sportem. Na pierwszej stronie widnieją również portrety Polaków, którzy swoim życiem i działalnością znacząco odznaczyli się na arenie międzynarodowej.

- Pan poznaje, Maria Skłodowska Curie, Wisława Szymborska, współcześnie tworząca Agnieszka Holland - podaję panu Kazimierzowi planszę do rąk, a on wodzi palcem po kolejnych twarzach: Kukuczka, Kapuściński, Piłsudski, Chopin, Kopernik i wielu innych, każdy osławiony w innej dziedzinie.

Gdybyście tylko mogli zobaczyć tę radość wypisaną na naszych twarzach, gdy w lokalnym supermarkecie wydobyliśmy z zamrażarki paczkę pierogów ruskich. Po dwóch latach z dala od domu takie kulinarne rodzime akcenty smakują wybornie. Do tego jeszcze móc usłyszeć język polski w krainie kapibary i czerwonej gleby, gdzieś między wodospadem Iguazu a Brazylią i stąpać po mieście, które kamień po kamieniu, wspólnymi siłami zaradni rodacy stawiali w sercu dżungli - jest to niesamowicie ciekawe i budujące przeżycie. W duchu liczymy, że za kilka dekad w Wandzie wciąż spotkać będzie można mieszkańców, którzy w języku polskim opowiedzą o swoich dzielnych pradziadkach przybyłych niegdyś statkiem z kraju nad Wisłą, aby zbudować nowe życie dla siebie i najbliższych w samej paszczy argentyńskiej egzotyki.

Więcej zdjęć z miejscowości Wanda w Argentynie

Wanda na mapie

Eksportuj jako KML dla Google Earth/Google Maps
Mapa miasteczka Wanda w Argentynie

ładowanie mapy - proszę czekać...

Muzem Imigranta w Wandzie: -25.971956, -54.560181
Kościół Częstochowa: -25.986208, -54.583152
Polski Park w Wandzie: -25.972751, -54.562461

Dowiaduj się pierwszy / pierwsza o nowych postach, poradnikach i mapach tras :)

newsletter icon

 

Share
  • 203
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

  1. Diana
    | Odpowiedz

    Niesamowite… Wyłowiliście w tej egzotyce taki kawał … Polski! :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *